Author: Meleks1498
• piątek, wrzesień 25th, 2009

W zeszłym roku na wakacje zdecydowaliśmy wyjechać do południowych Włoch. Pogoda w kraju jak zwykle na pewno nie uda się, więc doszliśmy do wniosku, że bierzemy śpiwory, kamerę, namiot aparaty cyfrowe i tniemy na południe. Plan zakładał, że urlop spędzimy tanio i jednocześnie odwiedzimy mnóstwo interesujących miejsc. Przywieziemy fajne fotki.

Początkowo przejazd nie nastręczał większych trudności. Jazda autostopem przez Czechy, Słowenię i Włochy to nie jest nic trudnego. Ludzie są sympatyczni, pomagają zorientować się w terenie, a GPS w palmie pozwala mieć poczucie, że wie się gdzie się jest. 2000 kilometrów przejechaliśmy w ciągu 60 godzin praktycznie za darmo. Poznaliśmy wielu ciekawych ludzi - generalnie mamy co wspominać.

Niestety końcowy etap podróży nie był już tak extra. Podróżowanie się po prowincjonalnych bezdrożach okazało się niebywale bardziej skomplikowane niż jazda autostopem autostradami europy. Cały jeden dzień spędziliśmy na pustynnym pustkowiu, na którym nie było ani jednego drzewa, ani skały. Jak na złość dopadła nas tam ulewa, a żaden z przejeżdżających tubylców nie miał odwagi żeby zabrać ze sobą przemoczoną parę.

W drugim tygodniu była taka straszna ulewa, że wszystko nam całkowicie zalało. Canon 50d i kamera Fuji uległy kompletnemu przemoczeniu. Straciliśmy całkowicie możliwość robienia zdjęć i filmów co było ostatnią tanią rozrywką. Inwestując kupę kasy w transport wybraliśmy się do zakładu naprawczego w odległosci jakieś sto kilometrów, który odesłał nie pytając nas o zdanie sprzęt do centrali w stolicy na 2 tygodnie (ostatecznie dosyłali nam go do kraju pocztą). Spłukani do ostatniego grosza prawie z płaczem ostatecznie wróciliśmy do kraju i jakoś nie palimy się szczególnie do powtórzenia takiej wycieczki.

You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

Comments are closed.